gameover1

 

Schodząc ulicą Wyszyńskiego w dół, mijamy po lewej stronie pieczołowicie odrestaurowany w wyniku kilkuletnich prac zespół budynków seminaryjnych. Nawet mur okalający kompleks wraz z pierwotnym ogrodem klasztornym, który jeszcze kilka lat temu poważnie nadszarpnięty zębem czasu, niebezpiecznie przechylający się, znów stanął prosto, otrzymał ładne piaskowe tynki i daszki z ceramicznej dachówki. Widać, że obiekt ma troskliwego gospodarza, dobrze służy użytkownikom, ale cieszy też mieszkańców miasta i turystów, wszak to ważny zabytek w naszym mieście. Zbudowani tym widokiem idziemy dalej w dół, wchodząc w ulicę Zamojską, a tu czar pryska. Za rozciągającym się wzdłuż ulicy skwerkiem widzimy stertę gruzów i fragment ściany fasady budynku, który stał tutaj jeszcze niedawno. Ale tym, co rzuca się najwyraźniej w oczy jest dużych rozmiarów napis GAME OVER, wymurowany z solidnych przedwojennych cegieł, odzyskanych z gruzowiska. I rzeczywiście, w przypadku tego budynku gra jest definitywnie skończona. Nie ma kłopotliwej nieruchomości, jest działka w atrakcyjnej części miasta, w jego ścisłym centrum. Gruzy się uprzątnie i będzie można zdyskontować zyski. Działkę sprzedać, albo samemu podjąć jakąś inwestycję. Nie znam właściciela (właścicieli), nie będę więc dywagował co do intencji. Ale o obiekcie mówić trzeba, bo jego losy to książkowy wręcz przykład losu wielu budowli w naszym mieście. Nasuwa się refleksja, że łatwiej burzyć niż budować, czy w tym wypadku remontować. Także z ekonomicznego punktu widzenia.

Na początek spróbujmy powiedzieć coś o obiekcie, nad który tak się użalam. Zwolennicy specyficznie pojętej modernizacji miasta powiedzieliby – zupełnie niepotrzebnie!

Ta sterta gruzów to dawna Łaźnia Łabęckich. Tak naprawdę to obiekt multifunkcjonalny. Obywatele naszego miasta Józefa i Wacław Łabęccy byli właścicielami nieruchomości, której najważniejszym elementem był okazały dom w stylu neorenesansowym, wzniesiony około 1920 rokiem, ale stylem nawiązujący do willi sprzed 1914 roku. Po I Wojnie Światowej, w 1919 roku pralnia rodziny Łabęckich wznowiła swą działalność i nieustannie była modernizowana. Przedsiębiorcy stopniowo rozszerzali też zakres świadczonych usług. W 1921 r. założyli łaźnię, rozbudowując zakład, w 1928 r. powstała jeszcze pralnia benzynowa, bieliźniarnia i nowa kotłownia. W 1937 roku, znany architekt, inżynier Jerzy Siennicki przygotował nowy projekt dalszych przekształceń architektury kompleksu budynków. Innowacje techniczne polegały między innymi na wprowadzeniu ogrzewania elektrycznego i dalszej rozbudowy kotłowni. Otworzono pralnię i farbiarnię futer. Nowoczesny i wielofunkcyjny zakład działał nieprzerwanie także podczas okupacji. Niestety, jakiś czas po wojnie – jak większość przedsiębiorstw, został upaństwowiony. Łabęccy utracili swą własność. Firma działała dalej już jako Państwowe Przedsiębiorstwo Usług Pralniczych „Tęcza” aż do 1994 roku. Z usług zakładu przy ul. Farbiarskiej 4 korzystało więc kilka pokoleń mieszkańców miasta. Potem obiekt trafił w prywatne ręce i w ciągu ostatnich 20 lat sukcesywnie popadał w ruinę. Decyzją nadzoru budowlanego w grudniu 2013 r. został niemal całkowicie wyburzony. Jedynie część okazałej elewacji frontowej sterczy dziś nad usypiskiem gruzów.

Dawna łaźnia nie była wpisana do rejestru zabytków. Znajduje się jednak w zabytkowym układzie urbanistycznym Śródmieścia i Starego Miasta. Ponadto, wobec degradacji przeważającej części historycznej architektury przemysłowej Lublina, powinna być pieczołowicie zachowana dla  przyszłych pokoleń. Sam budynek nie miał typowych cech stylistycznych architektury przemysłowej, pełnił jednak takie funkcje. Najstarszy w zespole był budynek frontowy, założony na literze H. Mimo kilkuetapowego powstawania, dość jednorodny stylistycznie. Środkowa część fasady, nieco cofnięta w stosunku do skrzydeł bocznych, posiada na osi wyeksponowany ryzalit, zwieńczony trójkątnym szczytem z okulusem. Strukturę architektoniczną podkreślały elementy gzymsowania i staranne profilowanie wykonane w masie tynku. Całości dopełniały balkony oraz urozmaicona stolarka okienna i drzwiowa. Efektu artystycznego dopełniało wyjątkowo piękne ogrodzenie, przebiegające wzdłuż ulicy przez całą szerokość fasady, pomiędzy wysuniętymi skrzydłami bocznymi, tak, że przed cofniętą w stosunku do nich częścią fasady tworzyła się przestrzeń przeznaczona na zieleń. Rytmiczne przęsła ogrodzenia stanowiły żeliwne kraty o bogatej ornamentyce roślinnej.

Niestety, zakład Łabęckich możemy opisywać już tylko w czasie przeszłym. W majestacie prawa dokonał się akt barbarzyństwa. Dokładnie 20 lat po zamknięciu zakładu, artysta rzeźbiarz Paweł Korpus z Pracowni Sztuki Społecznie Zaangażowanej „Rewiry” w Centrum Kultury, wykonał swoją instalację. Z cegieł wydobytych z ruin ułożył napis „Game over”. Wykonany techniką murarską napis jest symbolicznym pomnikiem końca tego miejsca. Jest, wypowiedzianym artystycznymi środkami sprzeciwem wobec okaleczania miejskiej przestrzeni, poprzez pozbawianie jej historycznych elementów. Działa on szczególnie wymownie w kontekście przygotowań do obchodów 700-lecia Lublina. Będziemy szumnie celebrować tą datę, wydamy pewnie pokaźne kwoty na „godną” oprawę uroczystości, a jednocześnie z taką łatwością pozbawiamy miejski krajobraz jego historycznej i autentycznej tkanki. Do daty 2017 pozostało jeszcze trochę czasu, rzucam więc hasło: 700 wyburzeń na 700-lecie Lublina.

 A gdybyśmy mieli dylemat od czego zacząć, podpowiadam: tuż za łaźnią Łabęckich, przy ul. Misjonarskiej stoi budynek dawnej fabryki słodu, należący do zespołu browaru Karola Rudolfa Vettera. Potwornie zdegradowany, na skraju ruiny – to może zburzyć? Damy radę. A jeśli mamy wątpliwości i poczucie dyskomfortu to wystarczy poczekać i liczyć na to, że przed 2017 sam się rozsypie.

Koniecznie przeczytaj całe marcowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej