fe1

 

Przechadzając się ścieżką spacerowo – rowerową, zwaną też bulwarem wzdłuż Bystrzycy, na odcinku między niedawno odrestaurowanym Mostem Lutosławskiego a mostem na Alei Tysiąclecia, pośród zabudowań Starych Bronowic (rejon ul. Łęczyńskiej) dostrzec można tajemniczo wyglądającą wieżę. Trudno nie zwrócić na nią uwagi, ponieważ góruje nad niską zabudową jednej z najbardziej zaniedbanych dzielnic Lublina. Jej wygląd może kojarzyć się z architekturą sakralną, ale brak krzyża szybko rozwiewa te przypuszczenia.

Być może wielu mieszkańców miasta nad Bystrzycą nie zdaje sobie sprawy z tego, czym jest (a raczej była) owa wieża, a jeśli nawet, to z pewnością mało kto dostrzeże w niej świadectwo historii architektury, i to tej pisanej przez duże „A”.

Wieża ciśnień stanowiła część dawnej fabryki elementów azbestowych „Eternit” Stefana Rylskiego i jego braci, którzy wznieśli ją w dolinie Bystrzycy zachęceni sukcesem innego przedsięwzięcia – cementowni zbudowanej w 1895 r., będącej pierwszą wytwórnią cementu w Królestwie Polskim. Budynki fabryki powstawały w latach 1912-14 według projektu Jana Koszczyc Witkiewicza. W okresie międzywojennym był to jeden z dwóch zakładów produkujących dachówkę z mieszanki cementu i azbestu. Drugi znajdował się w trzebińskiej Górce (Siersza Wodna). Lokalizacja zakładu produkcyjnego nad Bystrzycą była podyktowana wzrostem atrakcyjności tych terenów po przeprowadzeniu nieopodal kolejnej linii kolei nadwiślańskiej oddanej do użytku w 1877 r. Między linią torów a rzeką znajdowały się tereny wystarczająco rozległe by pomieścić rozmaite zakłady produkcyjne.

Obie wymienione fabryki były aż do okresu PRL-u jedynymi zakładami produkującymi azbestowe pokrycia dachowe. Z początku każda z nich działała z wydajnością 2500 m² dachówki dziennie zatrudniając przy tym 120 robotników. Z czasem jednak fabryka Lubelska wysunęła się na prowadzenie. Po uruchomieniu drugiej linii produkcyjnej jej wydajność zwiększyła się dwukrotnie. Tym samym fabryka „Eternit” stała się głównym producentem elementów azbestowych w Polsce.

Zanim poznano szkodliwe działanie azbestu, pokrycia dachu z tego materiału cieszyły się bardzo dużą popularnością, głównie ze względu swoją odporność na ogień oraz wytrzymałość mechaniczną. Zostało to podkreślone m. in. w jednym z druków reklamowych chwalących zalety eternitu produkowanego w Górce. Na zdjęciu przedstawiono grupę ludzi stojących na tle zniszczonych w pożarze zabudowań, a powyżej napis: „Podczas pożaru wioski Okonin, w której spłonęło 58 zabudowań ocalał jedynie dom Jabłońskiego dzięki temu, że był pokryty ETERNITEM”. Na dowód tego na fotografii przedstawiono dom stojący wśród zgliszczy. Od razu widać, że ogień się go nie imał.

Tak jak eternitowe pokrycia produkowane w Lublinie czy Górce znosić musiały ciężkie próby zjawisk atmosferycznych i nieszczęśliwych wypadków, tak również sama lubelska fabryka dotknięta została nieszczęściem. W 1931 r. zabudowania fabryczne ucierpiały na skutek huraganu, przez co konieczna była ich przebudowa. Po II Wojnie Światowej fabryka „Eternit” utraciła swoją dotychczasową nazwę na rzecz nowej, bardziej okazałej: Lubelskie Zakłady Eternitu im. Partyzantów Ziemi Lubelskiej. Azbestowy przemysł rozwijał się. Przez długie lata eternitowe dachówki były właściwie najlepszym znanym sposobem krycia budynków. Lata świetności wyrobów z cementowo – azbestowej mieszaniny minęły wraz z odkryciem szkodliwego wpływu azbestu na zdrowie. Lubelska fabryka zakończyła produkcję w 1988 r. Mniej więcej w tym samym czasie zlikwidowano zakład produkcyjny w Górce. Działalność przerwały również mniejsze wytwórnie eternitu, których historia zaczęła się w dobie Polski Ludowej.

Lubelska fabryka eternitu jest ciekawa nie tylko ze względu na historię przemysłu, w jaką się wpisuje. Oprócz tego, że zachowana wieża ciśnień przypomina współczesnym o dużym sukcesie rodziny Rylskich, która uczyniła swój zakład pierwszym producentem elementów azbestowych w Polsce, jest również zabytkiem architektury. Dziełem, którego kształt odzwierciedlał problemy nurtujące architektów początku XX wieku.

Ciąg dalszy przeczytasz w styczniowym wydaniu magazynu antidatum.

Artur