Czy fakt, że czas jest dla nas rzeczą bezcenną wyraża dziś posiadany zegarek? Chyba nie. Niektórzy z nas nie przestają być niewolnikami czasu, mimo że nie posiadają w ogóle zegarków w konwencjonalnym kształcie. Zegar jako taki towarzyszy nam nieprzerwanie. Powiedzieć można nawet, że nie jesteśmy w stanie uwolnić się od niego. Spoglądając na wyświetlacz telefonu komórkowego widzimy najpierw upływające sekundy, minuty i godziny. Krzątając się po kuchni dostrzegamy migające cyferki na wyświetlaczach kuchenek mikrofalowych i piekarników. Nawet sprawdzając paragon sklepowy, znajdziemy na nim precyzyjnie wydrukowany czas dokonanej przez nas transakcji.

   Można by tak wymieniać bez końca. Z kolei noszone na nadgarstku zegarki stają się powoli bardziej dodatkiem do stroju, elementem naszej oprawy, niż urządzeniami pomiarowymi. Dodają szyku i stylu, bądź też zaburzają harmonię wizerunku. Nawet mężczyźni, którzy – przynajmniej z założenia – nie przykładają wagi do takich spraw, doskonale rozróżniają zegarek „sportowy” od „garniturowego”. Stał się on jeszcze jednym „gadżetem”, których coraz więcej w naszym życiu. Widoczna ostatnio tendencja do przerostu formy czasomierzy naręcznych jest przede wszystkim kwestią mody. Bo przecież nie chodzi w tym o ergonomię, poprawę walorów użytkowych urządzenia. Zegarek, jeśli go zakładamy, musi być widoczny.

   Czy z tych kilku banalnych spostrzeżeń wynika coś konkretnego, poza tym, że im szybciej żyjemy, tym częściej musimy kontrolować czas i mierzyć go jeszcze precyzyjniej, i wcale już nie potrzebujemy do tego zegarka w tradycyjnej formie? Ale większość z nas, a już na pewno większość chłopców, zadawała sobie pytanie jak działa zegarek. Im bardziej dociekliwi, tym boleśniejsze przeżycia się z tym wiążą. Najczęściej kończyło się to takim oto obrazkiem: kupka bezładnie porozrzucanych kółek, sprężynek, śrubek i trybików i trudne pytanie, czy da się to jakoś powtórnie poskładać. Wielkim sukcesem było, gdy świeżo upieczony adept mechaniki precyzyjnej zmieścił ponownie te wszystkie części w niewielkiej przecież kopercie zegarka, a ponowne ożywienie urządzenia było niemal nieosiągalne. Tak pewnie rodzili się najwięksi zegarmistrze, ale większość z nas najczęściej kończyła na tym pierwszym razie.

   Jeśli był to rodzinny budzik, to konsekwencje były mniejsze – wszak był to wydatek stosunkowo niewielki, a więc i strata mniej bolesna. Gorzej, gdy ofiarą manipulacji padał ojcowski zegarek. W takim przypadku surowość kary potrafiła na długo zabić w człowieku pasje poznawcze. Traktować to można jako chorobę wieku dziecięcego. Tylko nielicznym to nie przechodzi z wiekiem, i nie tylko nie przestają dociekać, jak to jest zrobione, ale nawet znajdują rozwiązania jak zrobić to lepiej. Są też ludzie, którzy spoglądają na zegarek nie po to, aby sprawdzić czas, nie ciekawi ich też przesadnie wnętrze zegarka. Fascynuje ich sam fakt, jak zegar tworzy ideę „chwili za chwilą”.

   Jednym słowem filozofia zegarów. Jedną z najbardziej wpływowych postaci w tej dziedzinie był Lewis Mumford, autor między innymi wpływowej książki Technics and Civilization, wydanej po raz pierwszy w 1934 roku. Stwierdzenie zaczerpnięte z tej książki, że „zegar jest urządzeniem o napędzie mechanicznym, które produkuje sekundy, minuty i godziny” nie jest jeszcze odkryciem. Ale już wniosek, który z tego wyciąga: zegar, wytwarzając je „doprowadza do rozdzielenia czasu od zdarzeń, które są udziałem wszystkich nas, podsyca wiarę w istnienie niezależnego świata matematycznie wymierzalnych sekwencji” może mieć dla nas wagę epokowego odkrycia. Przecież wszyscy wierzymy, nawet wiemy, że czas istnieje. Bo przecież bez niego i mechanicznych mierników nie byłoby możliwe jakiekolwiek funkcjonowanie. Tymczasem czas nie jest wytworem natury, czy Boga, to człowiek stworzył jego ideę. Można by powiedzieć – doigraliśmy się! Tworząc zegar, najpierw staliśmy się – zdaniem Mumforda – stróżami czasu, potem byliśmy jego ciułaczami, a dziś jesteśmy niewolnikami. Cierpimy z powodu nieustannego jego deficytu. Ten długi proces doprowadził do stopniowego odrywania się człowieka od natury. Pory roku, słońce i księżyc miały coraz mniejszy wpływ na rytm naszego życia: „w świecie stworzonym przez sekundy i minuty autorytet natury doznał uszczerbku”. Wraz z wynalezieniem zegara osłabieniu uległo pojęcie Wieczności. Według Mumforda, rytmiczne i nieubłagane tykanie zegara przyczyniło się do osłabienia roli absolutu w świecie w większym dużo stopniu niż wszystkie rozprawy filozofów wieku oświecenia razem wzięte.

   Skoro za sprawą wynalazku mechanicznego odmierzania upływającego czasu człowiek uzyskał tak szczególną pozycję w konfrontacji z Bogiem, może Mojżesz powinien był do dekalogu wprowadzić jeszcze jedno przykazanie: „Nie będziesz tworzył sobie mechanicznego wyobrażenia czasu”. Niestety stało się! A może inaczej, dzięki temu wielu z nas może pasjonować się zegarami i innymi narzędziami do pomiaru czasu. Możemy także zachwycać się formą tych przedmiotów, która raz jest wyrazem ergonomii i utylitaryzmu, innym razem wyrazem afirmacji technicznego zmysłu genialnych konstruktorów. Piękna, czasami drogocenna oprawa zegarka bywa hołdem złożonym sztuce i mechanice, choć równocześnie może być świadectwem próżności. I ja podzielam takie pasje. Gromadzę zegarki na miarę moich możliwości. Na początek chciałbym opowiedzieć o tych, które posiadam i noszę. Fenomen zegarka polega też na tym, że jest długodystansowcem. Wykonany zgodnie ze sztuką zegarmistrzowską może spełniać swoją funkcję bardzo długo. W przeciwieństwie do wielu urządzeń mechanicznych produkowanych współcześnie, stać go na kilkadziesiąt przynajmniej lat nieprzerwanej pracy.

   Jako pierwszy chciałbym zaprezentować zegarek marki „Bovet”. Chcę pochwalić się swoim egzemplarzem nie tylko dlatego, że zegarki tej marki są dzisiaj – zwłaszcza na polskim rynku kolekcjonerskim – pewną rzadkością. Jest to zegarek, który lubię i noszę bardzo często. Czas, a raczej użytkownicy, obeszli się z nim dość łagodnie. Może tak jak ja, poprzedni właściciel darzył go „szczególnym uczuciem”. Choć wykonany został w latach 50-tych, wygląda całkiem dobrze. Mimo chromowanej koperty – te z reguły narażone są na poważniejsze uszkodzenia mechaniczne: zarysowania, wytarcie lub złuszczenie chromowej powłoki – jej krawędzie są ostre i nie przetarte. Widać wciąż dwa rodzaje opracowania powierzchni: gładkie, lekko matowe i szczotkowanie między uszami. Koronka, przyciski obsługujące chronograf i tylny dekiel wykonane są ze stali. To, co najbardziej doceniam w tym zegarku to tarcza. Na czarnym tle, płaskie, tylko nadrukowane indeksy w złotym kolorze. Poziomo ułożone liczniki dodatkowe i tuż nad osią wskazówek logo, wijące się w zamaszystych zawijasach BOVET. Mimo subtelności grafiki tarczy, mnogości oznaczeń i funkcji, czytelność jest wręcz wzorowa. Skala godzin, minut i sekund wysuwa się na pierwszy plan. Jakby w drugiej warstwie dostrzegamy wskazania liczników chronografu, a dopiero potem kolejne funkcje. Czytelność ułatwiają wskazówki – także oryginalnie zachowane. Proste- mieczowe, złocone. Szczególnie imponująca jest wskazówka centralnego sekundnika, uruchamiana górnym przyciskiem. Bardzo długa i wyjątkowo cienka pozwala na precyzyjny odczyt. A to wszystko przy niewielkich wymiarach zegarka, zaledwie 34 mm średnicy. Zegarek możemy zaliczyć do kategorii sportowych – na to wskazują wymienione funkcje, ale już nie rozmiary. Współczesne zegarki tego typu są przynajmniej o 10 mm większe, co wcale nie oznacza, że bardziej czytelne i ergonomiczne.

Mój „Bovet” jest prawdziwym klasykiem, i jako taki nie starzeje się. Czasami tylko trochę kaprysi, ale miłość wszystko wybacza. Pasuje i do codziennego stroju i na bardziej eleganckie wyjście. Chociaż pochodzi z okresu, który nie był czasem świetności firmy, to trzyma poziom. Ponownie marka dostała swe nowe życie w 2001 roku, ale jej początki i najnowsze dzieje to dalszy ciąg naszej historii.

Andrzej