orator_3

 

Chyba najbardziej znienawidzoną muzyką są melodie dzwonków budzików w naszych komórkach. Bo któż lubi wstawać wcześnie, jeśli robi to z przymusu, a nie z własnej woli. A jeśli jeszcze na dworze ciemno, zimno i mokro, tak jak teraz i żadnej nadziei na zmianę? Tak, będzie jeszcze gorzej i tak aż do wiosny! Nie jest to przyjemna perspektywa, tym bardziej, że za kilka już dni doznamy kolejnego wstrząsu – zmiana czasu na zimowy. Wstawać trzeba – bo tylko nieliczni z nas mogą pozwolić sobie na długi zimowy sen, tak gdzieś do połowy kwietnia. Nie pomaga zmiana melodii budzika na jeszcze bardziej entuzjastyczną. Skutek jest odwrotnie proporcjonalny do charakteru muzyczki, która płynie z głośnika naszej komórki. Mechaniczne budziki też się nie sprawdzają, robią dużo hałasu, ale są bardzo łatwe do zneutralizowania. Najlepszy jest czworonożny pupil. Jeśli ma wdrukowane w świadomość wyjście na dwór o 6.00, to żadnym sposobem go od tego nie odwiedziemy. Stukanie łapą, robienie podkopów pod drzwiami sypialni, to najłagodniejsze metody perswazji. Czy chcemy, czy nie i tak trzeba będzie zwlec się z wyra. Jeśli przeciągniemy to w czasie i tak wstaniemy, tylko jeszcze bardziej poirytowani. Dzieci mają łatwiej, bo to przecież nasze latorośle, krew z krwi. Staramy się jak umiemy złagodzić im przykre doznanie związane z pobudką. Podtykamy pod nos kakałko, ciepłe mleczko z miodkiem, półprzytomne prowadzimy do łazienki i jakoś udaje się je uruchomić.

Zdecydowanie najlepiej mają kolekcjonerzy zegarków, bo choć jak większość osobników gatunku homo sapiens wstawać nie lubią, to potrzeba intensywnego rozbudzania się daje im okazję sięgnięcia po czasomierze specjalne – zegarki z budzikiem. Tak jak wszystkim pozostałym wystarczyłby im budzik w telefonie, ale dlaczego nie wspomóc się dodatkowym gadżetem.

Mnie zegarek naręczy z budzikiem fascynował już od dzieciństwa. Mimo, że zegarki wtedy jeszcze w ogóle mnie nie interesowały, to dla tego jednego zrobiłem wyjątek. Taki model nosił kolega, który dostał go w prezencie od dziadka. Już wtedy nie był to nowy zegarek, ale fascynował mnie nie tylko tą dodatkową funkcją, ale i wyglądem. Miał dwie koronki do nakręcania i dodatkową kolorową wskazówkę na tarczy. Ustawiało się nią godzinę budzenia. W szkole na przerwach zawsze prosiliśmy go, aby uruchomił budzik. Potem nasze drogi się rozeszły i zapomniałem o jego budziku. Dziś nawet nie wiem, jakiej był marki – pewnie rosyjski, bo w tym czasie zegarki pochodzące spoza krajów „demokracji ludowej” były rzadkością. Dopiero w całkiem dorosłym już wieku, gdy dotknęła mnie zbieracka choroba, przypomniałem sobie  kolegę, który imponował mi wyjątkowym czasomierzem. Szczerze mówiąc, obecnie ta dodatkowa funkcja zegarka sprawdza się tylko w wyjątkowych sytuacjach, skuteczne budzenie lepiej załatwiają inne elektroniczne utensylia, z których korzystamy dużo częściej niż z zegarka.

Mimo, że z wczesnym wstawaniem nie mam większych kłopotów, to jakoś tak się utarło, że w drugiej połowie października sięgam po budzikowca. Noszę go przez jakiś czas, a potem przez całą zimę leży przy moim łóżku. Jest skrupulatnie nakręcany, każdego wieczora ustawiam go na 6.00 – podobnie jak komórkę. Pozwalam mu się wydzwonić aż do wyczerpania naciągu sprężyny, a wieczorem rytuał znów się powtarza. Posiadany przeze mnie egzemplarz jest swego rodzaju substytutem. Tak, chciałem mieć inny, ale do dzisiaj jest dla mnie niedostępny. Tym wymarzonym był Vulcain, model Cricket, budziko-alarm o niepowtarzalnym stylu. Upodobałem sobie jego wersję z lat 50-tych. Sama firma to też piękny kawałek szwajcarskiego zegarmistrzostwa. Wciąż imponuje przywiązaniem do historii, unikatowością swych wyrobów i niezależnością. Mimo, że założona w XIX wieku i relatywnie niewielka, nie dała się zdominować wielkim konkurentom. Jakby na przekór wymaganiom współczesnego marketingu robi swoje po dawnemu, tradycyjnie. I w tym jej siła. A ma się na czym oprzeć. Założyciele, rodzina Ditisheimów – o której już pisałem w którymś z poprzednich odcinków – to zegarmistrzowska arystokracja. Wprowadzili wiele innowacji, tworzyli zegarki równie piękne, co skomplikowane. Wśród pań uznanie zdobyły modele biżuteryjne, ale kołem zamachowym sprzedaży był wspomniany model Cricket, nazwany tak, bo rzeczywiście naśladował dźwięk wydawany przez świerszcza. Nazywano go także zegarkiem prezydenckim. Każdorazowo nowo wybrany amerykański prezydent otrzymywał od firmy takiego Świerszcza. Wielu z upodobaniem go nosiło, co widać na archiwalnych zdjęciach. Był to doskonały chwyt marketingowy, bo rzeczywiście Ameryka stała się największym odbiorcą wyrobów firmy. Na tamtym rynku kolekcjonerskim do dzisiaj można znaleźć najciekawsze egzemplarze z minionych dziesięcioleci. Kolejnym, może najważniejszym impulsem stymulującym popularność Vulcaina Cricket, było wejście do sportów ekstremalnych, zwłaszcza nurkowania. W 1961 roku powstał Cricket Nautical, nie jakiś kolorowy gadżet dla tych, którzy przeszli kurs nurkowania w weekend, tylko prawdziwy wół roboczy zawodowego nurka. Dźwiękiem słyszalnym nawet na dużych głębokościach oznajmiał on koniec czasu nurkowania, ale też w tarczę miał wbudowane skomplikowane tabele dekompresji. Zaprojektowany we współpracy z Hannesem Kellerem, rekordzistą w głębokości nurkowania (222 metry), od początku adresowany był do prawdziwych zawodowców. Ale to praktyczne nastawienie nie odebrało mu nic z urody. Moim zdaniem do dzisiaj jest to jeden z najładniejszych zegarków sportowych. Pomimo, że wielokrotnie odświeżany – ostatnio w 2011 roku, do dzisiaj zachował najlepsze cechy oryginału.

Trochę się rozmarzyłem. Wróćmy jednak na ziemię, czyli do wczesnego wstawania. Jak powiedziałem, mnie w tym pomaga, czy raczej temu towarzyszy naręczny budzik marki Orator. Model także z początku lat 60-tych. Działa bez zarzutu, ale i urodą może cieszyć. Doskonałe proporcje klasycznej stalowej koperty, charakterystyczne dwie koronki, no i ta dodatkowa wskazówka na tarczy. Ona szczególnie przyciąga uwagę. Ma formę wijącego się wężyka z grotem strzałki na końcu i pokryta jest błękitną oksydą. Dzięki temu nigdy nie pomylimy jej ze wskazówką godzinową lub minutową. Innym, stylistycznie ciekawym elementem są indeksy godzinowe. Nie nałożono ich na tarczę, ale wycięto w jej grubości. A jak dzwoni? No właśnie, tu widać przewagę nad innymi budzikami. Nie dźwięczy ostro, nie stawia na nogi najbliższego otoczenia. Głos ma jakby stłumiony, ale wyraźnie słyszalny. Dodatkowo jeszcze, gdy podczas snu mamy go na ręce, budzenie wspomaga energiczna wibracja trwająca ok. 20 sekund. Na notorycznego śpiocha może to nie zadziałać, ale mnie wystarcza. I tak budzę się kilka sekund wcześniej, aby popatrzeć jak wskazówka sekundowa dobiegnie dwunastki. Wtedy uruchamia się alarm, ale ja już zazwyczaj jestem całkowicie rozbudzony. Z budzikiem, lub bez, i tak wstać trzeba.

Koniecznie przeczytaj całe październikowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej