cerownia8

 

Repasacja – trudne i obce słowo. Uliczna sonda wykazałaby, że przeważająca większość ludzi w wieku poniżej 25 lat nie wie, co ono znaczy. Nawet polski termin „podnoszenie oczek” nie brzmi jaśniej. Tak, która z pań dzisiaj reperuje uszkodzone rajstopy czy pończochy. Przecież są to produkty jednorazowe. Gdy się uszkodzą, wyrzucamy. Wcześniej tak nie było, ale czy tylko dlatego, że kupowane rajstopy były tak drogie? Nie. Tak nas wychowywano. Oszczędność była ważną cechą wpajaną nam od dzieciństwa różnymi sposobami. Niemal każdy potrafił zacerować dziurę w skarpetach. Uczono tego na lekcjach prac ręcznych i chłopców i dziewczynki. Łatwe naprawy krawieckie prawie każdy potrafił wykonać sam. Co innego poważniejsze, albo uszkodzenia cenniejszej garderoby. Tu jest potrzebny artysta, albo przynajmniej dobrze wytrenowany rzemieślnik, a tych jest coraz mniej.

Kto dzisiaj ceruje jeszcze uszkodzoną odzież i inne tekstylia? Okazuje się, że zapotrzebowanie na takie usługi jest całkiem duże. Ale specjalistów od tego znaleźć już coraz trudniej. Jeszcze 20 lat temu usługi podnoszenia oczek i cerowania świadczone były  w wielu punktach miasta. Były one niemal tak popularne jak szewskie czy fryzjerskie.  Pamiętam jak rozerwałem mój ulubiony sweter. Wystarczyło iść na Zieloną i po kilku dniach znów go nosiłem, a wydawało się, że tak wyrwanej dziury w widocznym miejscu nie da się zamaskować. Dało się, co więcej, gdy go odbierałem, nie mogłem znaleźć miejsca wcześniejszego uszkodzenia. Bo cerowanie było naprawdę artystyczne. Maleńki zakład z szyldem „Cerowanie artystyczne” był na Zielonej od lat osiemdziesiątych. Potem jednak zniknął. Czyżby przestały robić się dziury w swetrach? Nie, jak wielu innych rzemieślników, świadczących tzw. drobne usługi, wyrugowały go ceny czynszów w centrum miasta.

Gdy całkiem niedawno znów trafiłem na Zieloną z wyszarpanymi spodniami, okazało się, że cerowni już nie ma, ale na szczęście nie została zlikwidowana, tylko przeniesiona w nowe miejsce – na Noworybną. Wystarczy skręcić z Lubartowskiej w prawo i już jesteśmy na miejscu. Szyld nad drzwiami małego lokalu jest taki sam, a za drzwiami ta sama Pani – Małgorzata Wójcik. Jeszcze jedno się nie zmieniło, za ladą – tak jak dawniej – leży Tofi, owczarek niemiecki, pupil Pani Małgorzaty. Jest tutaj współgospodarzem. Zależnie od nastroju, albo wita się z klientami, albo śpi spokojnie. Ale za ladę nie pozwoli wejść nikomu obcemu. To taki przyjaciel i własny „Altest” w jednym.

Termin cerowanie należy traktować umownie. Pani Małgorzata zrekonstruuje uszkodzoną firankę, obrus po babci, dorobi zniszczone frędzle do dywanu. Uzupełni braki w starym gobelinie. W wielu przypadkach to specjalistyczna konserwacja starych tkanin, a nie cerowanie. Przyszedł też klient ze starym pluszowym misiem, jeszcze z dzieciństwa. Odżyły sentymenty, więc i misiowi trzeba dać drugą młodość. Był też pan z cylindrem. Zakres potrzeb i możliwości jest ogromny. Pani Małgorzata wszystkim tym potrzebom sprosta. Pracuje w swym zawodzie już od trzydziestu lat. Kontynuuje rodzinne tradycje, bo cerownie przejęła po swojej cioci, pod której okiem uczyła się profesji.

 Ja ostatnio przyniosłem do niej tweedową czapkę z daszkiem, w wełnie zrobiła się dziurka. Ale od kilku dni czapka jest już jak nowa. Jeśli więc coś się wam nadszarpnęło, przedziurawiło lub przecięło w garderobie lub innej tkaninie, nie wyrzucajcie tego, nie wkładajcie w najciemniejszy kąt szafy, bo wyrzucić szkoda, a nie za bardzo wiadomo jak temu zaradzić. Idźcie na Noworybną 1, Pani Małgorzata rozwiąże problem i znów będziecie mogli nosić swój ulubiony sweter, albo przytulić misia z dzieciństwa.

Koniecznie przeczytaj całe marcowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej