kurki_15

 

Z dzieciństwa szczególnie dobrze pamiętam te rozgrzane sierpniowym słońcem popołudnia, wibrujące powietrze, miałki pył na drogach unoszący się przy każdym kroku. Niezależnie od tego, czy lato spędzaliśmy na Kielecczyźnie, czy w dolinie Giełczwi, pomimo różnic w krajobrazie, wiele elementów było podobnych: sucha jak pieprz ziemia, rozgrzana, pachnąca i lekko już przykurzona roślinność, długie spacery i grzyby. Wielu młodym ludziom grzybobrania nie kojarzą się najlepiej. Rodzice lub Dzidkowie, którzy z racji przyzwyczajenia albo wieku nie mieli już problemu z wczesnym wstawaniem, wyrywali nieszczęśliwe pociechy z łóżek i półprzytomne wlekli do lasu, by tam doświadczały wspaniałej rozrywki, jaką jest zbieranie grzybów. Takie wspomnienia ma większość moich rówieśników. Ja miałam to szczęście, że rodzice szanowali poranny sen swoich dzieci, a na grzyby chodziliśmy po południu. Wiele osób zapewne obruszy się, że jak to? Na grzyby po południu? Toż to nie pora i już wszystko wyzbierane. Dla nas jednak grzyby nigdy nie były celem samym w sobie, a miłym dodatkiem do spaceru po lesie. Mimo późnej pory i niezbyt wytężonej uwagi i tak zazwyczaj wracaliśmy z kapeluszami, czapkami, a nawet skrajami spódnic, czy koszulek wypełnionymi grzybami. Może to takie szczęście amatora, ale prawie zawsze wystarczyło tych grzybów przynajmniej na obiad dla całej rodziny, a nieraz suszyliśmy je by następnie użyć do wigilijnych uszek.

Te leniwe spacery to jedno z moich ulubionych wspomnień z dzieciństwa. W drodze do lasu zazwyczaj toczyliśmy przeróżne rozmowy i dyskusje, ale po wkroczeniu między drzewa każdy jakoś cichł i skupiał się na wypatrywaniu zdobyczy. W okolicach Gardzienic, wśród buków najczęściej naszym łupem padały borowiki. W lasach tarłowskich uwielbialiśmy zbierać maślaki o śliskiej skórce, którą potem ściągało się odkrywając delikatną kremowo-białą tkankę grzyba. W młodych laskach i na skrajach dróg, wśród traw trafiały się czasem koźlaki o jasnobrązowych lub rudych kapeluszach i cętkowanych nóżkach. Dla mnie jednak najwspanialszym znaleziskiem były zawsze kurki. Ukryte zazwyczaj wśród sosen pod igliwiem, pomiędzy kępkami mchu, pomimo jaskrawej barwy były trudne do wypatrzenia. Gdy jednak dojrzało się już pomarańczowy kapelusz, można było mieć pewność, że trafiło się na całą kolonię. Najpyszniejsze były te maleńkie, których nie trzeba było kroić i w całości trafiały do garnka. Zazwyczaj od razu po powrocie do domu, wygłodniali po spacerze na świeżym powietrzu, robiliśmy jajecznicę z kurkami lub maślakami. Największym rarytasem był jednak sos kurkowy podawany z ziemniakami albo makaronem. Te małe pomarańczowe grzybki były zawsze pełne smaku i pachniały lasem.

Z czasem gusta nieco się zmieniły, spadło zamiłowanie do ciężkich śmietanowych sosów, jednak kurki nadal pozostały moimi ulubionymi grzybami. Dziś chętniej łączę je z warzywami. Najszczęśliwsza jestem, gdy mogę wyjść do ogródka, w którym dojrzewają posadzone przez rodziców i gorące od słońca pomidorki, a wracając wyrwać z ziemi główkę czosnku, jedna cebulę i oskubać kilka gałązek bazylii. Jeżeli jestem w mieście, wszystkie wspomniane dobra, nawet kurki kupuję w sklepie i robię najbardziej sierpniowy makaron świata.

Sierpniowy makaron z kurkami i pomidorkami

  • 250-300 g makaronu tagliatele
  • 200-300 g kurek, albo ile będzie w lesie
  • 3-4 garście pomidorków koktajlowych
  • kilka ząbków czosnku
  • jedna cebula
  • utarty parmezan, ilość zależnie od upodobań
  • dużo świeżej bazylii
  • oliwa z oliwek
  • sok z cytryny
  • sól i pieprz

Kurki płuczę dokładnie, aby pomiędzy blaszkami nie pozostał piasek, osuszam i większe kroję. Smażę je na odrobinie oliwy, aż zaczną się lekko rumienić. Zdejmuję grzyby z gazu, solę i doprawiam sokiem z cytryny. Umyte pomidorki kroję na połówki, układam rozcięciem do wierzchu na posmarowanej oliwą blaszce, pokrywam je cienką warstwą tłuszczu i piekę przez 20 minut w 200°C. Oprócz pomidorków wkładam do piekarnika 5-6 ząbków czosnku w łupinach. Obieram cebulę i kroję ją w pióra. Siekam 3 ząbki czosnku i bazylię. Gdy pomidorki będą już lekko zrumienione, wyjmuję z piekarnika czosnek, a na blaszkę dodaję posiekane warzywa oraz zioła, mieszam i piekę jeszcze około 15 minut, aż cebula zmięknie. W tym czasie wyciskam upieczony czosnek z łupin i gotuję makaron. Gdy warzywa są już gotowe, wyjmuję blaszkę z piekarnika i kładę na niej kurki, czosnkową pulpę, makaron i kilka łyżek wody z jego gotowania. Mieszam, dokładam większość parmezanu i ponownie łączę dokładnie wszystkie składniki. Gotowe danie oprószam resztą bazylii i parmezanu.

Koniecznie przeczytaj całe sierpniowe wydanie magazynu antidatum.

Łucja