al_nero11

 

Początek lipca, gorące niedzielne popołudnie, a ekipa antidatum zamiast wylegiwać się nad jeziorem wyrusza by nadrobić zaległości i odkryć nieodkryte jeszcze miejsca na kulinarnej mapie Lublina – takie białe plamy. Jedną z nich jest dla nas pizzeria Al Nero. Biała plama i to na czarnym tle. Na szczęście już niedługo. Wcześniej tylko ją mijaliśmy, ale czarny szyld wciąż intryguje. Doskonale wiedzieliśmy, że będziemy musieli tutaj zajrzeć. Zwłaszcza, że placki rodem z Italii niezmiernie nas pociągają.

Godzina 14.00. Jest gorąco i sennie. Powietrze pachnie rozgrzanym asfaltem. Przybywamy do Al Nero tuż po otwarciu. Pracownicy właśnie kończą rozkładanie krzeseł i stolików na zewnątrz. Zajmujemy jedno z niewielu miejsc w cieniu i zabieramy się do studiowania karty. Ruch na ulicy jest znikomy. Nie widać pieszych, z rzadka przejeżdża jakiś samochód. Miasto wygląda na wyludnione. Atmosfera przypomina nieco klimat surrealistycznych obrazów Giorgio de Chirico. Po rozłożeniu menu widzimy 36 kompozycji  pizzy. Dużo, ale oznaczenia wersji: wegetariańskiej, ostrej i ich połączenia nieco ułatwiają orientację. Wybór jest trudny. Zaczynamy więc od napojów. Tutaj czeka nas miła niespodzianka. W karcie znalazły się włoskie napoje marki San Pellegrino – Chino, Cedrata i Limonata. Pierwszy ma przypominać w smaku Coca-Colę, ale tylko przypominać, bo jego głównym składnikiem są czerwone pomarańcze. Cedrata to napój o aromacie cedru i cytrusów, słodko-kwaśny w smaku. Tego się dowiadujemy. O limonatę nie pytamy, bo domyślamy się, z czego jest zrobiona. Va bene. Decydujemy się na chino i limonatę. Napoje są lekko gazowane. Doskonale gaszą pragnienie i orzeźwiają w to upalne popołudnie. Popijając chłodzące drinki przywiezione z Italii w końcu podejmujemy decyzję w sprawie pizzy. Wybór pada na wegetariańską Etruschi oraz bezmięsną i ostrą zarazem kompozycję o wdzięcznej nazwie Prince. Po kilkunastu minutach placki trafiają na nasz stolik wywołując reakcję, bardziej w postaci polsko-amerykańskiego „łał”, niż włoskiego „mamma mia”. Wiemy, że nad reakcjami musimy jeszcze popracować, żeby były bardziej na miejscu. Pizza, tak jak lubimy jest na bardzo cienkim cieście z idealnymi brzegami, na których utworzyły się pęcherze pękające i rozsypujące się pod naciskiem noża. Na brzegach jest spieczona i chrupiąca, w środku bardziej miękka, ale zwarta, bo dobrze przypieczona od spodu. Ciasto bardzo przypomina to, jakie przygotowuje Sycylijczyk w Il Rifugio.

Mamy przed sobą dwa okrągłe placki. Etruschi w całości pokryto rukolą. Jest zielono i świeżo. Bardzo efektownie wyglądają płatki parmezanu na liściach, które wzmacniają wrażenie lekkości kompozycji. Pod spodem oczywiście mozzarella i sos pomidorowy. Pizza Prince okazuje się kompozycją dla smakoszy ostrych potraw. Oprócz szpinaku, czosnku i doskonale przygotowanych karczochów – ani za miękkich, ani za twardych, znalazły się tam całe czerwone papryczki chilli. Książę to ostry gracz. Przekonujemy się, że na upalne dni lepszym wyborem jest pizza łagodniejsza, z dużą ilością świeżej zieleniny. Jak w każdej porządnej pizzerii, w Al Nero możemy do woli zakrapiać swoje placki oliwą. Do wyboru jest czosnkowa i ostra. Próbujemy obu. Okazują się świetne, choć z wiadomych względów nie nadużywamy tej z papryczką.

Pizzą z Al Nero jesteśmy zachwyceni, chociaż bezpośrednio po tej wspaniałej uczcie trudno nam jest to wyartykułować w sensowny sposób. Chociaż żadne z nas nie ma odwagi tego wypowiedzieć, wiemy, że będziemy musieli tam wrócić. Przecież pozostało jeszcze wiele wariantów pizzy do wypróbowania, między innymi interesujące kompozycje z krewetkami, wędzonym łososiem, czy włoskimi wędlinami w roli głównej. Zachęca również pizza z mozzarella di bufala – słynnym włoskim serem z bawolego mleka. W menu Al Nero znajdziemy odrębną kategorię placków wykwintnych opartych na tym słynnym włoskim produkcie. Są również sałatki i carpaccio z polędwicy wołowej.

 Garażowy klimat jest pociągający, zwłaszcza, że nie ma nic wspólnego z prowizorką. Przemyślana stylistyka, fajne logo i nazwa sprawiają, że miejsce zostaje w pamięci, jeśli je zobaczymy lub o nim usłyszymy. Kiedy zjemy pizzę spod znaku Al Nero, to na pewno wcześniej czy później wrócimy po więcej. Delikatnym zgrzytem mogą być błędy w karcie w nazwach pizzy. Cztery sery po włosku to quattro formaggi a nie fromaggi. Wybaczamy jednak i gratulujemy właścicielom pomysłu oraz wykonania. Firma jest rodzinna i naszym zdaniem skazana na sukces. Przyszłość Al Nero widzimy w całkiem jasnych barwach.

Koniecznie przeczytaj całe lipcowe wydanie magazynu antidatum.

Łucja i Artur