insomnia2

 

Niskie temperatury i silny wiatr, jakimi przywitał 2015 rok mieszkańców Lublina zachęcały by zaszyć się w ciepłym i przytulnym miejscu. Najlepiej w towarzystwie dobrej gorącej strawy i rozgrzewającego napitku. Kierując się licznymi pozytywnymi opiniami (zasłyszanymi i przeczytanymi), w poszukiwaniu takiego zacisznego miejsca udaliśmy się do restauracji Insomnia. Mieści się ona przy ul. Marii Skłodowskiej-Curie już z ulicy kusząc przechodniów wciąż nowymi pomysłami na przekąski, dania i desery. Daliśmy się uwieść obietnicom pyszności czekających nas we wnętrzu i wstąpiliśmy do środka.

Gości otwierających drzwi przybytku wita przyklejona do szyby naklejka z logo wydawnictwa Gault & Milleau. Niewtajemniczonych, a jednocześnie zainteresowanych odsyłam na fajsbukowy profil gault&millau lub chociażby stronę smakujzycie.pl, gdzie można dowiedzieć się nieco więcej na temat projektu zainicjowanego pół wieku temu przez francuskich krytyków kulinarnych Henri’ego Gaulta i Christian’a Millau. Tych, którzy chcieliby sięgnąć do źródeł zachęcam do wpisania w pasku wyszukiwarki gaultmillau.fr. Pod tym szyldem wydawany jest przewodnik w charakterystycznej żółtej okładce. Premiera polskiej edycji miała miejsce w grudniu ubiegłego roku, a więc sprawa jest świeża. Tuż przed świętami Polska dołączyła do zaszczytnego (podobno) grona 10 bodajże krajów, które zainteresowaniem zaszczyciło francuskie wydawnictwo.

Przyznam, że my nie mieliśmy zielonego pojęcia o tym żółtym logo, ale jak zobaczyliśmy, że jest po francusku, i że jakość wysoka to zrobiło nam się miło.

Dalej również było miło, głównie za sprawą przesympatycznej załogi restauracji. Każdemu kontaktowi towarzyszyły miłe uśmiechy, a ponadto nikt nie protestował, gdy zapytaliśmy o możliwość fotografowania. Ja osobiście uważam, że właściciele restauracji i kelnerzy mogą mieć już po dziurki w nosie mnożących się jak grzyby po deszczu domorosłych „krytyków kulinarnych” wpychających obiektywy w garnki i talerze. Zapewniam jednak, że my nie byliśmy natarczywi. Dobre i to!

Przejdźmy wreszcie do jedzenia. Na podstawie tego, co wcześniej słyszeliśmy o Insomni, stwierdziliśmy, że będziemy kierować się jedną podstawową zasadą: jemy ryby i owoce morza. Na pierwszy ogień (a właściwie pierwszy głód) poszedł „stek z łososia zamknięty sznurem krewetek koktajlowych” oraz „Krewetki królewskie z aromatem masła czosnkowego z serem Bursztyn i pieczywem”. Rzeczony stek z łososia, jak się później dowiedzieliśmy, był duszony. Chyba średnio udany sposób przyrządzenia, bo kawałek ryby okazał się dość suchy. Ratował go całkiem niezły sos koperkowy oraz krewetki koktajlowe. Ziemniaki ugotowane w całości i przyprawione dość oszczędnie ziołami były w smaku… można powiedzieć neutralne. Dość dziwna była sałatka, na którą składały się pomidory świeże (jak wiadomo o tej porze roku nie imponują smakiem), sałata lodowa, a także suszone pomidory i kapary. To wszystko skropione rzecz jasna oliwą z oliwek. Ta kompozycja nie była naszym zdaniem specjalnie udana. Kapary i suszone pomidory, które same w sobie są znakomite wydały mi się dodane jakoś tak na siłę do sałatkowego standardu aby przyprawić mu o jedną gwiazdkę więcej w kategorii luksusu.

Na stół trafiły też krewetki. Imponujące rozmiarem, w liczbie 3 (słownie: trzy). Były w pancerzach, więc wcześniej podano wodę w miseczce aby człowiek spragniony krewetkowego wnętrza mógł się obmyć po wydłubaniu go palcami. Stosownych sztućców dla tego typu specjałów nie uwzględniono. Podobne niedociągnięcie odnotowaliśmy zresztą w przypadku steku z łososia, do którego również nie podano sztućców do ryb, a zwykły nóż i widelec. Do krewetek dołączony był tarty ser (ów Bursztyn) w osobnej miseczce. Nie bardzo wiedzieliśmy, czy należy nim posypać krewetki, czy może pieczywo… No właśnie, pieczywo okazało się być najzwyklejszymi w świecie tostami z pszennego chleba tostowego. Na nich znalazły się plasterki czarnych oliwek i ćwiartki pomidorków koktajlowych. Szczerze powiedziawszy, niespecjalnie spodobały nam się te tosty pomazane skromnie masłem czosnkowym. Nie chcę być złośliwy, ale wydaje mi się, że bardziej pasowałyby do parówek niż krewetek, bądź co bądź królewskich. Chyba, że logika tej kompozycji była następująca: pszenny chleb tostowy jest popularny w Anglii a tam panuje królowa. A więc tosty pasują do krewetek królewskich!

Pożartowaliśmy, a teraz do rzeczy. Krewetki same w sobie były nienajgorsze. Naszym zdaniem powinny one jednak, z uwagi na swoją lekkość, a może przede wszystkim ilość, trafić do kategorii przekąsek, a nie znajdować się w menu pośród innych dań głównych.

Z racji tego, że powyższe potrawy zostawiły w nas uczucie niedosytu zarządziliśmy dogrywkę. Tym razem wybór padł na „Canelloni ze szpinakiem” oraz „Kotleta po lubelsku”. A niech to, porzuciliśmy wcześniej obrany kierunek – założenie, że koncentrujemy się na rybach i owocach morza. Na stronie Insomni możemy odnaleźć zaproszenie do spróbowania „śródziemnomorskiej kuchni inspirowanej polskimi tradycjami”. Bez kotleta obejść się zatem nie mogło, jeśli chcieliśmy uzyskać możliwie pełny obraz restauracji. Kotlet akurat okazał się dobrym wyborem. Bardzo przyzwoity filet z kurczaka w panierce, która miała lekkość pianki i przyjemnie chrupała. Duży plus za kotleta. Niestety towarzyszyły mu ziemniaki, które poziomem suchości przewyższały swoich poprzedników od steka z łososia. W kwestii sałatki można było doświadczyć deja vù. Znowu sałata lodowa i pomidor. Tyle, że znanej już kompozycji dopełniała drobno pokrojona cebulka w miejscu kaparów i suszonych pomidorów. Wersja bardziej swojska.

Canelloni ze szpinakiem wspólnie oceniliśmy jako niezłe chociaż może nieco zbyt słone. Trudno też było doszukać się sosu beszamelowego, który obiecano w karcie.

Naszą przygodę w dźwiękach francuskiej muzyki (taka dominuje w restauracji) zakończyliśmy włoskim akcentem – tiramisu i espresso. Deser niestety nas rozczarował. Lekko kwaśna nuta w tiramisu najprawdopodobniej świadczyła o tym, że do jego wykonania użyto śmietany. Nawet nie dopuszczamy do siebie myśli, że deser był nieświeży. Ostatecznego szoku doznaliśmy, gdy spostrzegliśmy, że posypka składa się nie tylko z kakao i płatków migdałów, ale również (o zgrozo!), z mielonej kawy.

Wizyta w Insomni pozostawiła w nas mieszane uczucia. Przyjemne, przytulne, ładnie oświetlone wnętrza i miła obsługa zachęcają do powrotu. W kwestiach zasadniczych odnotowaliśmy jednak kilka wpadek, czasem dość poważnych. Zastanawialiśmy się, czy to przypadkiem nie jest poświąteczny chwilowy spadek formy. A może to my rozwydrzeni świątecznymi frykasami nastawiliśmy swoje podniebienia na nie wiadomo jak cudowne smaki. Można powiedzieć, że Insomnia może wywołać bezsenność, przynajmniej u osoby, która spróbuje o tym miejscu coś napisać. Wychodząc nieco dokładniej spojrzeliśmy na logo Gault & Millau… Ach tak, w kategorii „obsługa”. I wszystko stało się jasne.

 Łucja i Artur