hanhart2

 

Wybierając kolejny zegarek z mojego zbioru jako temat następnego wpisu uświadamiam sobie pewną monotonię. Większość z nich – zwłaszcza te pochodzące z ulubionych przeze mnie lat 20-50-tych, albo posiada militarny rodowód, albo przynajmniej zdradza stylistyczne pokrewieństwo z wojskowymi instrumentami. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem zegarek naręczny spopularyzowała I Wojna Światowa, a tarcze najwcześniejszych zegarków cechowała ergonomia i czytelność wskazań tak ważna w trudnych warunkach frontowych. Już Napoleon Bonaparte doceniał zależność pomiędzy precyzją pomiaru czasu a skutecznością działania na polu bitwy. Dlatego chciał swych oficerów wyposażyć w osobiste zegarki, aby nie tylko nie spóźniali się na odprawy, ale i synchronizowali działania wojskowe. Rola zegarka jeszcze wzrastała w takich formacjach, jak marynarka i rodzące się w pierwszych dekadach XX wieku lotnictwo wojskowe. Tu zegarek był wręcz niezbędny przy nawigacji. Obrazowo mówiąc, bez niego okręt czy samolot były jak „dziecko we mgle”. Powoli też przestawał być atrybutem wyższego rangą oficera, stawał się niezbędnym elementem wyposażenia szeregowego żołnierza. Oczywiście nie stało się tak od razu, bo mimo wszystko jeszcze w początkach XX wieku nawet najprostszy zegarek był relatywnie drogi. W niektórych formacjach, takich jak lotnictwo stał się jednak nieodzowny. Właśnie lotnictwo wojskowe i sportowe już od początku swej historii wyraźnie wymuszało postęp w przemyśle zegarmistrzowskim. Było źródłem rozwiązań technicznych i stylistycznych, które bardzo szybko znalazły też cywilne zastosowanie. Koperty z obrotowym pierścieniem, chronografy pozwalające na odmierzanie różnych wartości, to bardzo szybko stało się lotniczym standardem. No i przede wszystkim rozwiązania stylistyczne. Koperta odpowiedniej wielkości, tarcza o charakterystycznej grafice i fosforyzujących indeksach. Specjalny sposób mocowania, pozwalający na zapięcie zegarka na ręce odzianej w gruby skórzany kombinezon, a w niektórych rozwiązaniach na udzie pilota.

Początkowo takie zegarki powstawały na indywidualne zamówienie. As lotnictwa epoki pionierskiej nie mógł iść do sklepu i kupić sobie odpowiedni czasomierz. Musiał podzielić się z wyspecjalizowanym rzemieślnikiem swymi doświadczeniami i wyartykułować wymagania. Niektóre z takich projektów przetrwały aż do dzisiaj i wciąż są chętnie nabywane. Oczywiście wielu ze współczesnych ich nabywców nawet nie domyśla się takiej genezy. Najlepiej ilustruje to model „Santos” firmy Cartier. Sama firma Cartier to wciąż synonim luksusu w najbardziej wyrafinowanym wydaniu. Ta biżuteria ze złota i platyny jest okraszona brylantami, szafirami, szmaragdami i wszelkiego rodzaju cennymi minerałami oraz metalami, jakie zrodziła ziemia. Tworzą ją złotnicy, jubilerzy, emalierzy, najdoskonalsi mistrzowie w swym fachu. Nazwa modelu „Santos” pochodzi od nazwiska pioniera lotnictwa Santosa Dumonta, dla którego Louis Cartier – „jubiler królów i król jubilerów”, zaprojektował w pierwszych latach XX wieku zegarek. Niecodzienny kształt kwadratu z zaokrąglonymi rogami, zintegrowane z kopertą krótkie masywne uszy, płaska ramka wokół szkła, przykręcona kilkoma śrubami, stanowiąca zarazem jeden z najbardziej charakterystycznych elementów dekoracyjnych zegarka. Był to pomysł genialny w swej stechnicyzowanej prostocie, jakże odmienny od wszechobecnych cebul na grubych łańcuchach dewizek, dyndających przy surdutach paryskich i londyńskich elegantów. Cartier musiał być genialnym projektantem, tworząc jubilerskie precjoza dla wymagającej klienteli potrafił wstrzelić się w estetyczne upodobania odbiorców. Nie serwując im terapii szokowej tworzył przedmioty całkowicie nowe, w których tradycyjne techniki jubilerskie służą kreowaniu nowych stylów artystycznych – secesji i art deco.  Zegarek Santosa był niepodobny do jakiegokolwiek innego, który dotychczas powstał, był jedyny w swym rodzaju. Przedmiotem stylistycznych wariacji stała się dla projektanta nowoczesna technika, kombinacja płaskich kubizujących form i śrubek, których użyto do połączenia elementów ze sobą a jednocześnie wyzyskano estetycznie. To, co tak powstały przedmiot łączyło z dotychczasowymi wyrobami Cartiera to były szlachetne i najdroższe materiały – platyna i złoto. „Santos” powstał na indywidualne zamówienie asa przestworzy. Inny model zegarka „Tank” zaprojektował Louis Cartier nieco później, inspirując się stalowym potworem, który wtedy właśnie pojawił się po raz pierwszy na polach walki. Czołg był jedynie formalną inspiracją, a zegarek o tej nazwie nie miał z wojskiem nic wspólnego. Wylądował na nadgarstkach wypielęgnowanych rąk miejskich dandysów, a w mniejszej wersji także ich towarzyszek, które w tym czasie preferowały styl ‘na chłopczycę”. Do okopów nie trafił, ale zdał egzamin w jeszcze większych trudach całonocnych eskapad od rewii do rewii, od kabaretu do kabaretu – nie wspominając już innych przybytków uciech. Do dzisiaj Cartier sprzedaje go z powodzeniem w kilku różnych wersjach. Charakterystyczna prostokątna forma koperty podchwycona została także i przez innych wytwórców zegarków. Obecnie w nomenklaturze zegarmistrzowskiej termin „tank” jednoznacznie odsyła do specyficznego kształtu koperty, a nie machiny wojennej, która prawie sto lat temu zainspirowała genialnego projektanta.

Ten nieco rozwlekły wywód miał nas doprowadzić do nowego kształtu koperty zegarka naręcznego. „Tank” stał się jego synonimem. Zegarek Cartiera oglądany z profilu rzeczywiście nawiązuje do formy gąsienicy czołgowej. Późniejsze tanki będą cechować się różnorodnością form, ale jedną zasadniczą wspólną cechą – wyraźnym kształtem wydłużonego prostokąta i uszami będącymi jakby przedłużeniem bocznych krawędzi koperty.

Taki też jest mój „Hanhart”. To prostokąt o wymiarach 22×38 milimetrów. Jest całkowicie płaski, a nie ergonomicznie dostosowany do krzywizny nadgarstka, jak omawiany kiedyś Gruen Curvex. Przy tak niewielkiej długości ta płaskość nie przeszkadza w noszeniu. Zasadnicza część koperty wykonana została z metalu chromowanego, a wciskany dekiel ze stali szlachetnej. Prostokąt koperty sfazowano od góry. Na węższych bokach owe fazy schodzą aż do dolnej krawędzi tworząc piękny w swej prostocie kształt uszu. Kąty proste i ostre krawędzie fazowań to formy dominujące. Jedynym odstępstwem jest obła, jakby wydęta kopuła przykrywającego tarczę szkiełka. Sama tarcza również uderza swą prostotą. Na czarnym matowym tle nadrukowano arabskie indeksy godzinowe. Nad godziną 6 zlokalizowano miniaturową prostokątną tarczę sekundnika, obrysowaną cieniutkimi kreseczkami. Pod 12-tką umiejscowiono logo firmy z charakterystyczną pisanką. Jedynym wybijającym się elementem są złote wskazówki w typie dauphine, z fosforyzującym wypełnieniem. Więcej szczegółów na tarczy nie dostrzeżemy. Pod kopertą również znajdziemy niewiele, gdyż 15-kamieniowy mechanizm ukrywa się pod płaskimi złoconymi płytami. Jedynie balans ze wskazówkową przesuwką regulatora jest widoczny. Pomimo prostej konstrukcji, niewielkich rozmiarów i wieku –  pochodzi z lat 30-tych XX stulecia, zegarek pracuje do dzisiaj zadziwiająco precyzyjnie – „przed wojną wszystko było lepsze”! Zegarki w typie „tank” właściwie się nie starzeją. Bez względu na czas powstania wyglądają jednakowo świeżo. Decyduje o tym minimalizm i dyscyplina formalna. Dlatego tak wiele projektów pochodzących z pierwszych dziesięcioleci XX wieku oparło się zmieniającym się modom i cieszy także współczesnych klientów. Niektóre z nich stały się wręcz ikonami designu, tak jak wspominany już „Tank” Cartiera i „Reverso” Jaegera.

Mój mały tank nie wyszedł z tak szacownej stajni, ale relatywnie mało znana firma Hanhart także ma ciekawą historię. Założył ją w 1882 roku szwajcarski zegarmistrz Johann Hanhart w Diessenhofen przy granicy z Niemcami. W 1902 przeniósł przedsiębiorstwo do Schwenningen w południowych Niemczech. Tu wyspecjalizował się przede wszystkim w produkcji stoperów, coraz bardziej poszukiwanych w sporcie, lotnictwie i różnych dziedzinach nowoczesnej techniki. Firma nie zaniedbywała też innych gałęzi produkcji, zegarków kieszonkowych i naręcznych. Sumując jej przedwojenną działalność zauważyć można, że produkcja czasomierzy cywilnych miała relatywnie najmniejszy udział. Dominowały zegary techniczne i wojskowe. Niekwestionowanym produktem flagowym stał się „Calibre 40” – jednoprzyciskowy chronograf lotniczy, produkowany od 1939 roku. Potem powstała kolejna wersja z dwoma przyciskami, spośród których  dolny był w kolorze czerwonym. Wówczas Luftwaffe panowało nad niebem całej Europy. A jej piloci i nawigatorzy wyposażeni byli w Hanharty, Glashutte, Lange und Sohne. Po wojnie stały się one jednymi z najbardziej pożądanych obiektów kolekcjonerstwa. W dużej mierzę dzięki egzemplarzom „uwolnionym” przez aliantów i traktowanym jako najcenniejsze souveniry frontowe. Minęła wojna, a szwajcarsko-niemiecki Hanhart dalej tworzył zegarki cywilne, ale swą przyszłość upatrywał w produkcji coraz lepszych stoperów o szerokim zastosowaniu. Stał się też wyspecjalizowanym centrum konstrukcyjnym i wdrożeniowym kwarcowych instrumentów mierniczych. W ostatnich latach, wraz z powracającą modą na klasykę, reaktywowano produkcję chronografów. „Lotniczy” chronograf w nieco odświeżonej formie znów stał się modelem flagowym marki. Wizualnie to niemal wierna kopia lotników z lat 40-tych. Niestety zmienili się już bohaterowi. To już nie królowie nieba, ale miejskiej dżungli i plaż renomowanych kurortów. Zegarek przestał być instrumentem pomagającym trafić do strategicznego celu, stał się ważnym elementem dopełniającym stylizacji. Równie ważny, jak on jest żel do włosów.

A mój ponad siedemdziesięcioletni prostokącik? Nie zaimponuje żadnemu z nich. Ale swą niezakłóconą pracą od tylu już lat nadal buduje dobrą opinię o marce, a mnie cieszy także piękną w swej prostocie formą. Estetyczny puryzm – tak najkrócej można opisać jego kształt. To się nigdy nie starzeje i nie nudzi.

 Koniecznie przeczytaj całe sierpniowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej