bata_3

 

W mojej ulubionej trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego, czytanej już po raz kolejny, pojawia się wątek, który zainspirował mnie do napisania tekstu o znanym wszystkim producencie obuwia – firmie Bata. Sapkowski jak zawsze bawi się toposami kulturowymi, żongluje swobodnie faktami historycznymi. W realia wojny prowadzonej na śląsko-niemiecko-czeskim pograniczu wprowadza historycznych bohaterów, których trudno by się tu spodziewać. Bohaterowie powieści spotykają na swej drodze nie tylko Zawiszę Czarnego, Jana Gutenberga, ale też Mikołaja z Kuzy i Franciszka Petrarkę. W drugim tomie epizodycznie pojawia się również niejaki Amadej Bata. Podczas długiej  i nieco nudnej podróży snuje on różne refleksje. Zdradza też towarzyszom swój pomysł na biznes. Ponieważ fragment jest krótki, przytoczę go w całości: „Rzecz prawdziwie perspektywiczna to obuwnictwo. Każdy potrzebuje butów, no nie? Mój teść jest szewcem. Niech no uskładam trochę grosza, niech się świat uładzi, wejdę w ten interes, rozbuduję teściowy warsztat do manufaktury. Będę produkował ciżmy. Na dużą skalę. Wnet cały świat będzie nosił ciżmy marki Bata, obaczycie.” Gdybyśmy słowa Sapkowskiego potraktowali poważnie, można by powiedzieć, że był to plan biznesowy, który skonkretyzował się pięć stuleci później. Na szczęście wiemy, że autor konstruując tkankę fabularną swojej powieści dobrze się przy tym bawi. Z historii wiadomo, że genialny plan biznesowy polegał nie na umasowieniu produkcji, a na wykorzystaniu nowego materiału dotychczas nie używanego do produkcji butów. Batovki to były płócienne buty na skórzanej podeszwie. Płótno było materiałem tanim, a na podeszwy wykorzystywano odpady lub skóry niskogatunkowe. Pomysł, który zrodził się z potrzeby – braku środków finansowych na skórzany materiał, zrewolucjonizował XX-wieczną produkcję obuwniczą. Tomas Bata nie poprzestał na tym jednym pomyśle, choć szybko przyniósł mu sukces finansowy. Pojechał do Ameryki podpatrzeć, na czym polega mechanizacja produkcji i wprowadził ją w swojej fabryce w rodzinnym Zlinie na Morawach. Po kilku latach zatrudniał już sześciuset robotników, budował dla nich mieszkania, a jego buty docierały na Bałkany i do Azji Mniejszej. I Wojna Światowa, dla większości była tragedią i traumą, dla Baty oznaczała zamówienia na kilka milionów par butów dla wojska. Okres międzywojnia to pasmo kolejnych sukcesów finansowych i dalsza ekspansja. W  Zlinie działa już wówczas Szkoła Młodych Mężczyzn, Akademia Handlowa Tomasa Baty, stoi ośmiopiętrowy Dom Społeczny z hotelem. Zlin ma najwyższy w Czechosłowacji wskaźnik ilości samochodów w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. W latach 30-tych firma ma swoje przedstawicielstwa i filie niemal na całym świecie. W Zlinie realizowany jest śmiały projekt socjalny i urbanistyczny – miasto jako maszyna do mieszkania, oczywiście w roli miejsce do życia dla pracowników zakładów Baty. Odwiedza je Le Corbusier, największy architekt XX wieku, który przewodniczy sądowi konkursowemu na projekt koncepcji urbanistycznej miasta. Zlin staje się sławny jako pierwsze funkcjonalistyczne miasto na świecie. Powstaje biurowiec firmy, najwyższy wieżowiec w Czechach,  który ma szesnaście pięter i siedemdziesiąt siedem metrów wysokości.

W tym czasie Bata ma też swoje przedstawicielstwo w Lublinie. Choć firma oferowała buty produkowane w fabryce, to musiały one cieszyć się uznaniem klientów, skoro Bata był jednym z lepszych adresów na głównej ulicy handlowej miasta – Krakowskim Przedmieściu. Renoma dobrych sklepów utrzymywała się bardzo długo, skoro w potocznej nomenklaturze lubelskiej, długo po likwidacji przez ludowe państwo tych firm, mówiło się, że po biżuterię, zegarki i platery idzie się do Kalickiego, po wyroby drogeryjne, niektóre farmaceutyki do Magierskiego, a po buty do Baty. Firma Baty musiała kilka razy zmieniać swój adres, na co wskazują reklamy prasowe i relacje, ale migracje te odbywały się w obrębie Krakowskiego Przedmieścia i okolic Placu Łokietka.

Ciąg dalszy artykułu pzreczytasz w najbliższym wydaniu magazynu antidatum, które ukarze się 20 lutego 2016.

Andrzej