bób_8

 

W dzieciństwie nie przepadałam za kalafiorem, czy marchewką, ale były dwa warzywa, które mogłam jeść bez końca i broniłam swojej porcji jak zwierzę, któremu próbuje się odebrać miskę. Pierwsze z nich to fasolka szparagowa, jedzona oczywiście najchętniej z bułką tartą podsmażoną na maśle. Drugie z ulubionych warzyw to bób. W rodzinnym domu prawie nigdy nie stanowił dodatku do dań, ale w sezonie jedliśmy go kilogramami po prostu ugotowany. Jako dziecko nie pochłaniałam od razu całych ziaren, najpierw zjadałam twardą i mniej apetyczną skórkę, by potem delektować się zielonym, chrupiącym wnętrzem. Choć moje dzieciństwo zostało przez szkołę muzyczną okaleczone o spędzanie długich godzin na podwórku i wiszenie na trzepaku, inne dzieci często wynosiły na dwór gotowany bób w miseczkach, kubkach lub słoikach i pojadały go w trakcie zabawy. Byłam bardzo zdziwiona, gdy w tym roku przy osiedlowej piaskownicy zobaczyłam grupkę dzieci skupionych wokół foliowej siatki pełnej gotowanego bobu. Widać ten zwyczaj przetrwał, co bardzo mnie cieszy.

Praktycznie od zawsze jestem ogromną fanką Joanny Chmielewskiej i jej twórczości. Zaczęło się od czytanego nad polskim morzem Lesia i dzikich wybuchów śmiechu, które powodowały, że współplażowicze patrzyli na moich rodziców ze współczuciem. Przeczytałam wszystkie książki tej autorki. Kto również je zna, ten wie, że powieści Chmielewskiej to dużo więcej niż kryminały. Tworzą niepowtarzalny klimat, do którego chce się wracać oraz grono bohaterów, z którymi można się zaprzyjaźnić. Fani Joanny Chmielewskiej z pewnością wiedzą, dlaczego od rozważań na temat lipcowych warzyw przeskoczyłam nagle na literaturę. Innym spieszę wytłumaczyć, iż bób był ulubionym jedzeniem Joanny Chmielewskiej samej w sobie, jak i jej alter ego. Ta wiecznie odchudzająca się kobieta uważała go za cudowne remedium na nadwagę, ale także najchętniej częstowała nim swoich licznych gości. Gdy tylko ktoś wpadał z niezapowiedzianą zwykle wizytą, na kuchence lądował garnek z bobem, a na stole, kawa, wino i piwo, które przecież niej jest napojem alkoholowym.

Ustaliliśmy już, że bób jest świetny w roli przekąski. Można go jeść nie tylko w lipcu, bo doskonale się mrozi. Oczywiście tak przetworzony już nie smakuje równie wspaniale, jak latem, jednak może pomóc je przywołać w zimniejsze miesiące. Dzisiaj przedstawię Wam dwa przepisy wykorzystujące bób w daniach obiadowych. Gdy już przeje nam się w formie przekąski, świetnie urozmaici swoim smakiem i kolorem letni obiad.

Sałatka z brązowego ryżu z bobem to opcja lżejsza, bardziej „fit” i idealna na ekstremalne upały, bo dodatkowo nie rozgrzewa udręczonego organizmu. Orzechowy w smaku ryż tworzy wspaniałą kompozycję z pikantną rukolą, chrupiącą marchewką i bobem, a wyjątkowy sos dopełnia ideału. Taki miks doskonale odżywi ciało, dostarczy porządną porcję białka, witamin i błonnika, dzięki czemu jest świetnym posiłkiem także dla sportowców.

Super-sałatka z bobem

  • 100g dzikiego ryżu
  • 2 marchewki
  • 300g bobu
  • 2 ząbki czosnku
  • garść lub więcej orzechów włoskich
  • rukola
  • 1 cebula

Sos:

  • 2 garście namoczonych ziaren słonecznika
  • 1 ząbek czosnku
  • oliwa z oliwek
  • ocet balsamiczny
  • świeży tymianek
  • sól i pieprz

Orzechy włoskie i słonecznik namaczam na kilka godzin przed przygotowaniem sałatki. Ryż podsmażam na odrobinie oleju, zalewam dwoma szklankami wrzątku i gotuję przez 20-30 minut. Solę pod koniec gotowania i studzę. Bób gotuję przez około 13 minut w lekko osolonej wodzie z łyżeczką cukru, studzę i obieram. Marchewki oczyszczam, kroję obieraczką i podsmażam z czosnkiem. Cebulę obieram i kroję w pióra. Sos przygotowuję wrzucając wszystkie jego składniki do blendera i miksując tak, aby powstał w miarę gładki „majonez”. W razie potrzeby dosmaczam lub lekko rozcieńczam wodą. Wszystkie składniki mieszam w dużej misce z sosem i od razu podaję.

Jeżeli macie ochotę na coś bardziej treściwego i „konkretnego”, koniecznie zróbcie makaron z kiełbaskami i przeglądem lipcowych warzyw. Pasta z kremowym cukiniowym sosem zaspokoi ochotę na coś sycącego, a bób i pomidory nadadzą daniu letniej lekkości. Kropką nad „i” jest słonecznik, który wspaniale chrupie.

Makaron z kiełbaskami i bobem

  • pół opakowania makaronu spaghetti
  • pół kostki sera à la feta
  • 1 duża cukinia
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 duży pomidor
  • 2 łyżki oleju
  • 2-3 pikantne kiełbaski (u nas białe z polsoi)
  • 300g bobu
  • 1-2 garście nasion słonecznika

Słonecznik prażę na suchej patelni. Pomidora obieram ze skórki i kroję w kostkę. Bób gotuję przez około 13 minut w lekko osolonej wodzie z łyżeczką cukru, studzę i obieram. Cukinię szoruję, ścieram na tarce, solę i odsączam. Na oleju podsmażam przez chwilę pokrojony czosnek i dodaję cukinię. Duszę ją przez chwilę, po czym dodaję fetę, mieszam i doprawiam  pieprzem. Kiełbaski kroję i smażę na odrobinie oleju aż się zrumienią. Na talerz wykładam porcję makaronu z sosem, posypuję ją kiełbaskami, pomidorem, bobem i słonecznikiem. Najpyszniejsze jest na ciepło.

Koniecznie przeczytaj całe lipcowe wydanie magazynu antidatum.

Łucja