IMG_0956

 

Czy Wam też czasami marzy się, by bez zapowiedzi, prosto z ulicy wstąpić do Mamy lub Babci na obiad i zaczerpnąć nie tylko odżywczej kuchni, ale i ciepłej domowej atmosfery? Jednak kto powiedział, że musi to być Wasza Mama lub Babcia? Na ulicy Narutowicza powstało ostatnio miejsce, gdzie każdy znajdzie to wszystko: domowe ciepło, swobodę i pyszne jedzenie, urozmaicone o nutę orientu.

W Armenii najważniejszy jest smak potraw i domowy klimat. Polecamy Wam usadowić się w pobliżu baru, co daje możliwość gawędzenia z właścicielami i obsługą, a to właśnie ludzie tworzą atmosferę. Od progu wita nas któraś z uśmiechniętych kelnerek, a oczekiwanie na zamówienie skraca się tu klientom miłą rozmową.

Przejdźmy jednak do meritum, czyli do wspomnianego zamówienia. Karta jest niewielka, co pozwala Pani Gajane, właścicielce i jedynej kucharce przygotowywać wszystkie potrawy na bieżąco. Menu skomponowane jest z dań tradycyjnej kuchni ormiańskiej, takich jakie gospodarze przygotowują dla siebie, swoich dzieci i wnuków.

Wśród przystawek prym wiodą chaczapuri przyrządzane z użyciem długo dojrzewającego sera własnej roboty oraz tolma, czyli gołąbki w liściach winogron z wołowiną i ryżem. Smakosze zup z pewnością też znajdą coś dla siebie, przy czym każda z nich będzie odkryciem, bo w niczym nie przypominają tradycyjnych zup przyrządzanych w polskich domach.

Kuchnia ormiańska opiera się na mięsie, ale nawet roślinożercy znajdą w Armenii coś atrakcyjnego. Bardzo polecamy sałatkę ormiańską, która składa się z grillowanych warzyw przyprawionych tradycyjnymi ziołami. Jej smak jest nieporównywalny z niczym, co do tej pory jedliśmy, a porcje bardzo hojne. Sałatka w towarzystwie domowego makaronu smażonego na maśle i przyprawionego sowicie kolendrą tworzy pełnoprawne danie. Mięsożercy znajdą tu natomiast raj na ziemi. Trudno jest wybrać pomiędzy daniami z udziałem różnych rodzajów mięsa, ryżu, ziemniaków i warzyw a tradycyjnym ormiańskim kebabem, który ani trochę nie jest podobny do smętnych ochłapów z budki. Haszlama cielęca to duży kawałek cielęciny duszony tak, że jest bardzo delikatny i pełen smaku i (ten frazes pasuje tu doskonale) po prostu rozpływa się w ustach, podawany z ziemniakami w aromatycznym warzywnym sosie przypominającym gęstą zupę, który chce się wyjeść łyżką do ostatka. Niestety po daniach głównych niewiele pozostaje w brzuchu miejsca na desery, ale z pewnością warto spróbować charakterystycznych bliskowschodnich słodyczy. Punktem obowiązkowym jest z pewnością gęsta i aromatyczna, przyprawiona kardamonem i cynamonem kawa parzona, a raczej gotowana w tygielku, który nota bene pochodzi z lubelskiego targu staroci.

Warto zauważyć, że właściciele są bardzo autentyczni w tym, co robią, nie idą za powszechnymi gustami, co często bywa drogą do nikąd. Bardzo cieszymy się, że nie rezygnują z kontrowersyjnych smaków, jak choćby dodatku świeżej kolendry, którą jedni kochają, a inni nienawidzą. Biorąc pod uwagę radość i entuzjazm, z jakim tworzona jest Armenia, nie możemy doczekać się powstającej restauracji córki jej właścicieli. Już wkrótce zaprezentujemy Wam relację z otwarcia nowego lokalu przy ulicy Bernardyńskiej.

Koniecznie przeczytaj całe kwietniowe wydanie magazynu antidatum.

Łucja i Artur