antykarnia1

 

 

Ulica Zielona do niedawna była dla mnie tylko skrótem. Sama nie wiem, dlaczego traktowałam ją po macoszemu. Chodziłam tamtędy gdy chciałam uniknąć zgiełku Krakowskiego Przedmieścia. Zadziwiające jest, jak często pędzimy gdzieś całkowicie pochłonięci swoimi myślami. Któregoś dnia przeciskałam się pomiędzy sławnymi ostatnio słupkami a elewacją budynku, gdy mój wzrok padł na witrynę sklepu, którą widziałam wcześniej wielokrotnie, ale naprawdę nie dostrzegałam. Moją uwagę zwróciło kilka ciekawych przedmiotów. Spieszyłam się jednak, jak zawsze na Zielonej. Kiedy kilka dni później weszłam do Antykarni, poczułam się jak w księgarni z powieści Carlosa Ruiz Zafona. Jej atmosfera przesycona jest pasją i ciepłem z dozą tajemniczości. Nie popełniajcie mojego błędu, pamiętajcie, że Zielona to nie tylko „kanał przelotowy”, gorąco zachęcam Was do odwiedzenia zlokalizowanego przy niej niezwykłego sklepu z antykami prowadzonego przez równie niezwykłych ludzi – Państwa van der Veer.

Pani Ewa van der Veer-Chrościechowska wychowała się w Krakowie i tam też ukończyła studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. W 1981 roku, będąc na czwartym roku studiów, wyjechała do Paryża. Dzięki indywidualnemu tokowi studiów, w 1987 roku uzyskała dyplom mieszkając już w Brukseli. Tam też przez następne osiem lat pracowała w różnych biurach architektonicznych, by w pewnym momencie zainteresować się konserwacją zabytkowych przedmiotów. Zaczęła kupować antyki, restaurować je i sprzedawać. W Brukseli skończyła dwuletnie studia przygotowujące do zawodu antykwariusza. Program  szkoły oparty na historii sztuki był rozszerzony o historię meblarstwa, złotnictwa, tapiserii, grawiur, biżuterii itp. Przedmioty takie jak wycena, ekspertyza, prawo antykwaryczne, czy księgowość, okazały się bardzo przydatne w przyszłości.

Pan Frans van der Veer, Pochodzi z Naarden niedaleko Amsterdamu. To niewielkie miasteczko liczy sobie 700 lat historii i właściwie całe jest jednym wielkim zabytkiem. Gdy mały Frans miał 9 lat, rozpoczęto renowację murów i kanałów obronnych miasta oraz pogłębianie portu. Ogromne ilości błota i ziemi z dna składowano na pustych terenach niedaleko jego rodzinnego domu. Frans z kolegą i bratem grzebali w tym błocie przez kilka tygodni w poszukiwaniu skarbów. Było ich wiele. Zabytkowe przedmioty i ich części przyciągały małych odkrywców, którzy znajdowali rzymskie monety, kafelki z Delft. Ogromna ilość materialnej historii siedemsetletniego miasta leżała pogrzebana w błocie. Już wtedy rozpoczęła się pasja Pana Fransa do zabytków. Kolejnym do niej przyczynkiem był fakt, iż Ciotka jego Mamy kilka razy w roku organizowała w ekskluzywnym hotelu Krasnapolsky w Amsterdamie targi kolekcjonerskie. Frans kilkukrotnie miał okazję się im przyglądać, a gdy miał 12 lat dostał od Cioci pieniądze i kupił za nie przedwojenny zegar. Wprawdzie z wykształcenia jest psychologiem i nauczycielem języków, ale całe życie pasjonował się antykami i starymi książkami.

Narzuca się pytanie, co przyciągnęło Państwa van der Veer do Lublina? Historia zaczęła się jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, a dokładnie 1937 roku, kiedy to Ojciec Pani Ewy, ziemianin Antoni Chrościechowski, sprzedał część swojego majątku i za uzyskane pieniądze kupił wielką eklektyczno-secesyjną kamienicę w centrum Lublina, przy ulicy 3-go Maja. Pani Ewa nigdy nie przypuszczała, że los zawiedzie ją do Lublina, ale gdy odziedziczyła po Ojcu kamienicę, spoczął na niej obowiązek opieki nad budynkiem. Okazało się, że niemożliwym jest robić to na odległość, dlatego wraz z mężem postanowiła na kilka lat przeprowadzić się do Lublina. Z założenia miał to być rok lub dwa, jednak szybko stało się jasne, że nie widać końca prac nad kamienicą.

Pani Ewa określiła to tak: „Przez pierwsze lata nasze życie tutaj było związane z pękającymi, przeciekającymi rurami, walącymi się ścianami, wilgocią w piwnicy, z przeciekającym dachem, lokatorami niepłacącymi czynszu. Ta nasza codzienność była mało romantyczna, mało budująca, mało kreatywna. Wpadliśmy pewnego dnia na pomysł , że otworzymy sklep z antykami.” Sklep był w planach już od dawna, ale nie w Lublinie, jednak skoro pobyt miał się tak znacząco przedłużyć, Państwo van der Veer przystąpili do dzieła.

Antykarnia znalazła swoje miejsce przy ulicy Zielonej 3, w bezpośrednim sąsiedztwie deptaka, w ścisłym centrum, jednak jest na niej dużo bardziej spokojnie i zacisznie, niż na Krakowskim Przedmieściu. To doskonała lokalizacja dla sklepu z antykami.

Sklep miał być odskocznią od niekończącego się remontu, a pełni dużo więcej funkcji. Pozwala właścicielom poznawać nowych, interesujących ludzi, prowadzić ciekawe rozmowy. Oczywiście przynosi dochód, ale daje też pretekst do uskuteczniania kilka razy w roku wypraw do Francji, Belgii i Holandii. Można wtedy nie tylko kupić nowe, interesujące przedmioty dla lubelskiego odbiorcy, ale i spotkać się z rodziną oraz przyjaciółmi.

Antykarnia niewątpliwie jest unikatowym sklepem, „nie ma takiego nigdzie”. Państwo van der Veer lubią to miejsce i wszystkie aktywności związane z jego prowadzeniem. Wkładają w to całe serce i dopieszczają każdy sprzedawany przedmiot. Dlatego w ich sklepie klient może poczuć się wyjątkowo, porozmawiać z właścicielami, omówić tematy z związane z dziełami sztuki, wystrojem wnętrz, dekoracją. Wraz z zakupionym przedmiotem w pakiecie dostaje dużo ciepła i dobrej energii. Oprócz tego, że przedmioty sprzedawane w Antykarni są unikatowe oraz mają ciekawe pochodzenie, są bardzo zróżnicowane. Państwo van der Veer mówią: „W Antykarni można kupić niemal wszystko. Nieraz śmiejemy się, że brakuje tylko samochodów i żywności”. Na początku były tylko antyki, ale oferta z czasem się poszerzała, uzupełniała o przedmioty nowe ale unikatowe i ładne, mniejsze i niezbyt drogie. Mając w kieszeni już kilkanaście – kilkadziesiąt złotych można kupić coś ciekawego.

Ciąg dalszy przeczytasz w styczniowym wydaniu magazynu antidatum.

Łucja