W kolejnym odcinku zegarkowych fascynacji przedstawiam następnego z moich faworytów – Angelusa. Nazwa brzmi pięknie i poważnie, a mój egzemplarz, jedyny, jaki posiadam, wygląda równie dostojnie. W porównaniu z Bovetem z poprzedniego tekstu, Angelus to kawał czasomierza. Ze swą średnicą 38 mm bez koronki, nawet wśród współczesnych zegarków nie wygląda na mniej wyrośniętego braciszka. Optycznie wydaję się jeszcze większy, a to za sprawą niesłychanie prostej w grafice tarczy. Kiedyś  srebrzysta, a dziś dzięki patynie czasu lekko kremowa, cechuje się wzorową czytelnością i elegancją, rodem ze stylistyki zegarków militarnych okresu II Wojny Światowej. Także i po wojnie taka moda utrzymywała się nie tylko we wzornictwie zegarków, ale i ubiorze, czego reprezentacją był styl mundurowy. Godziny oznaczono cyframi arabskimi, które od skali sekundowej oddziela wąska złota ramka. Podziałka sekundnika jest wyskalowana z dokładnością do 1/5 sekundy dłuższymi i krótszymi indeksami kreskowymi. Co pięć sekund mamy oznaczenie cyfrowe – cyferki małe, ale czytelne gołym okiem. Ta zdumiewająca precyzja nie jest niepotrzebnym bajerem, bowiem zegarek ma centralny sekundnik w czerwonym kolorze. Wskazówki godzinowa i minutowa są szkieletowe – typu „wojskowego”, z fluorescencyjnym wypełnieniem. Grafikę tarczy dopełnia logo, napis Angelus, wpisany w podwójną ramkę, od góry zamkniętą dwuspadowym daszkiem. Patrząc na tarczę i formę koperty wręcz uderza stylistyczna czystość i funkcjonalność – to niemal ideał klasycznego zegarka.

   Stan wizualny zegarka uznać można za zadowalający. Na tarczy kilka drobnych rys wokół osi wskazówek – pewnie skutek ciężkiej ręki nieuważnego zegarmistrza. Chromowana koperta posiada przetarcia powłoki na krawędziach. Niestety, koronka nie jest oryginalna – pierwotna była duża i płaska. Zamierzam wyszukać odpowiednią, może nie oryginał, ale z epoki. Dekiel jest stalowy, opatrzony numerem seryjnym i opisany „hermetic”. A pod deklem serce zegarka – jeden z najlepiej znanych własnych bazowych mechanizmów Angelusa: kaliber 215. Potężny balans ze złotymi śrubami regulacyjnymi, system antywstrząsowy, płyty szlifowane w „paski genewskie” i kontrastujący z nimi lustrzany poler kół naciągowych. Wszystko masywne i wręcz niezniszczalne. Tak kiedyś robiło się mechanizmy, jakość była kwestią przyzwoitości a nie luksusem. Mechanizm jest tzw. przejściówką z dodatkowym kołem zębatym nad płytą główną i niewielkim mostkiem z logo umieszczonym na nim. Jeszcze nie udało mi się dociec, dlaczego inne oznaczenia i cechy mechanizmu nie zostały wybite na płytach, tylko ręcznie wygrawerowane.

Dziś marka już nie istnieje, około 1980 roku zmiotła ją – podobnie jak wielu innych mniejszych szwajcarskich producentów – rewolucja kwarcowa. Byli zbyt słabi finansowo, albo zbyt ukierunkowani w swej ofercie, aby przetrwać ten największy kryzys w historii szwajcarskiego zegarmistrzostwa. Pamięć o manufakturze przechowali przede wszystkim „Paneristi”- miłośnicy Panerai, jednej z najbardziej kultowych i luksusowych marek współczesnego zegarmistrzostwa, a obok nich najbardziej wtajemniczeni znawcy klasycznych zegarków. Bo Angelusa doceniają tylko koneserzy. Doceniają za klasyczny styl prostych zegarków 3-wskazówkowych, zaawansowanie techniczne chronografów, chronografów z potrójną datą, a nawet tak wyrafinowanych komplikacji jak repetiery. I na tym wcale nie wyczerpuje się lista mechanicznych rozwiązań.

Ciąg dalszy przeczytasz w drugim wydaniu magazynu antidatum

Andrzej